28.01.2011

Złote Maliny!

jak zwykle w noc poprzedzającą nominacje oscarowe poznaliśmy nominacje do moich ulubionych nagród filmowych - ZŁOTYCH MALIN !

nominacje nie są zaskoczeniem. mamy jednak paru rekordzistów.

9 nominacji dostał mój osobisty faworyt Saga Zmierzch: Zaćmienie.
wyróżnili się w następujących kategoriach:
  • najgorszy film
  • najgorszy aktor: Robert Pattison i Taylor Lautner
  • najgorsza aktorka: Kristen Stewart
  • najgorszy aktor drugoplanowy: Jackson Rathbone
  • najgorsza ekranowa para/ekipa: cała obsada
  • najgorszy reżyser: David Slade
  • najgorszy scenariusz: Melissa Rosenberg
  • najgorszy prequel, sequel, remake lub zrzyna

jego głównym rywalem jest Ostatni Władca Wiatru wyróżniony w 8 kategoriach:
  • najgorszy film
  • najgorszy aktor drugoplanowy: Dev Patel i Jackson Rathbone
  • najgorsza aktorka drugoplanowa: Nicola Peltz
  • największe nadużycie 3D w kinie
  • najgorsza ekranowa para/ekipa: cała obsada
  • najgorszy reżyser: M. Night Shyamalan
  • najgorszy scenariusz: M. Night Shyamalan
  • najgorszy prequel, sequel, remake lub zrzyna

 na 3-cim miejscu z 6 nominacjami uplasował się Sex w wielkim mieście 2.
w kategoriach:
  • najgorszy film
  • najgorsza aktorka: Sarah Jessica Parker, Kim Cattrall, Kristin Davis, Cynthia Nixon
  • najgorsza aktorka drugoplanowa: Liza Minelli
  • najgorsza ekranowa para/ekipa: cała obsada
  • najgorszy reżyser: Michael Patrick King
  • najgorszy scenariusz: Michael Patrick King
  • najgorszy prequel, sequel, remake lub zrzyna

Zacięta rywalizacja w kategorii aktor drugoplanowy! Po 2 nominacje mają Ashton Kutcher (Pan i Pani Killer oraz Walentynki), Taylor Lautner (Saga Zmierzch: Zaćmienie oraz Walentynki) i Robert Pattison (Saga Zmierzch: Zaćmienie oraz Na zawsze twój).
W kategorii aktor drugoplanowy największą szansę ma Jessica Alba (3 nominacje) oraz George Lopez (również 3).

Rozdanie nagród odbędzie się 26 lutego - w noc poprzedzającą Oscary. Pełna lista nominacji jest tutaj.

trzymam mocno kciuki za ekipę Zmierzchu !

Złote Globy.

16 stycznia po raz kolejny rozdano Złote Globy. niektóre nagrody są bardzo satysfakcjonujące, inne zaś wręcz przerażające. nagrody powędrowały do faworytów i gdyby nie Ricky Gervais było by niemiłosiernie nudno. tegoroczny prowadzący postarał się jednak o rozrywkę. na pewno może liczyć na zatrudnienie w tej roli na innych ceremoniach! gratuluję serdecznie!

śmiech Roberta DeNiro - bezcenne.

satysfakcja:

Colin Firth - najlepszy aktor w dramacie.
ten Brytyjczyk już nie raz pokazał jakim jest genialnym aktorem dramatycznym. król-jąkała był dla niego, jak sam mówił, nie lada wyzwaniem. co nie zmienia faktu, że wciąż czekam na komediowe popisy pana Firtha. na pewno warto go tak obsadzić!







Natalie Portman - najlepsza aktorka w dramacie.
to co wytańczyła w Black Swan to zdecydowanie rola jej życia!

Anette Bening - najlepsza aktorka w komedii lub musicalu.
bardzo trudna rola męskiej lesbijki zagrana perfekcyjnie. równie dobrze spisała się jej partnerka Julieanne Moor, ale to rola Anette wzrusza.




Toy Story 3 - najlepsza animacja.
warto było czekać tyle lat na kontynuację! to najlepsze dzieło animacji od wielu wielu lat!








rozczarowanie:

Social Network - najlepszy dramat.
osobiście nie rozumiem zachwytu nad tym filmem. może to wina nieznajomości materii, a może rzeczywiście inne filmy były lepsze?


David Fincher - najlepszy reżyser.
konkurując z Nolanem i jego genialną Incepcją oraz Darrenem Aronofskym po prostu nie powinien był wygrać.


Social Network - najlepszy scenariusz.
wszystkie pozostałe filmy były lepiej napisane. wszystkie.


Social Network - najlepsza muzyka.
jako wierna fanka Hansa Zimmera nie uważam, żeby jakakolwiek muzyka mogła być lepsza od jego.

Kids are all right - najlepsza komedia lub musical.
niesamowicie ciepły film o trudnościach w związku homoseksualnym i nie tylko, ale jednak Red rzucił mnie całkowicie na kolana.
Ocena czysto subiektywna, w kwestii zasługi na Złoty Glob Kids are all right zdecydowanie zasłużył.









pełna lista nominacji i wygranych do zobaczenia tutaj.

25.01.2011

Batman chadza do kina.


      Ludzkość zawsze potrzebowała bohaterów. Starożytni mieli wielkich herosów, potomków bogów. Wraz z rozkwitem chrześcijaństwa pojawili się przerobieni z antycznych bóstw, święci walczący ze złem. Średniowiecze stworzyło postać prawego rycerza. Epoka Króla Słońce – muszkietera do końca lojalnego swojemu królowi. A pokolenie XXI wieku? Nie ma już wojen, idee, o które walczyli wyżej wymienieni umarły, zatarły się w naszym świecie. Jednak dalej potrzebujemy bohaterów. Takich, których będziemy chcieli naśladować. Takich, którzy będą walczyć ze złem, dawać nam nadzieję na istnienie sprawiedliwości. Takich, którzy tą sprawiedliwością będą. I koniecznie muszą być tajemniczy, wręcz wyklęci przez społeczeństwo. Wyjątkowo wyjątkowi. Skrywający swą twarz za maską.
      Początków komiksu można się doszukać już w średniowieczu, jednak jego rozwój ściśle jest związany z prasą XIXw. Aczkolwiek można się pokusić o stwierdzenie, że apogeum komiksowego szaleństwa przypada na drugą połowę XXw. Miliony młodych chłopców (ale też i dziewczynek!) czytało z zapartym tchem przygody swoich ulubionych bohaterów. Tych, którzy się stali dla nich tym, czym dla starożytnych byli herosi. Komiksowi bohaterowie ukryci za maską, działający pod osłoną nocy, walczący ze złem, stający się sprawiedliwością stali się ich wzorami.  Takich postaci jest wiele, jednak niezaprzeczalnymi królami amerykańskiego, a co za tym idzie, światowego komiksu, są firmy Marvel i DC. Marvel stworzył ikony takie jak Kapitan Ameryka, SpiderMan, Xmen, Iron Man, Hulk czy Daredevil. Dziećmi DC są z kolei Wonder Woman, Superman i Batman. To oni niepodzielnie rządzili dziecięcymi i młodzieńczymi sercami aż do późnych lat 90-tych. Wydawałoby się, że świat zapomniał o herosach naszych czasów, ale ostatnio przypomina nam o nich kino. Dzięki wysoce rozwiniętej technologii coraz częściej słyszymy o głośnych, wielkich i niesamowicie drogich produkcjach o Spidermanie, Kapitanie Ameryce czy Xmenach. Jednak kino ukochało sobie jednego bohatera w masce szczególnie mocno. Był nim Mroczny Rycerz, czarny anioł stróż Gotham – Batman.
Batman czyli Bruce Wanye po raz pierwszy pojawił się na łamach Delective Comics w maju 1939 roku i zagościł tam na stałe. Jego „rodzicami” byli Bob Kane – kreska oraz Bill Finger – tekst.
Bruce zdecydowanie jest najbardziej ludzkim z komiksowych superbohaterów. Nie ma żadnych nadprzyrodzonych mocy ani zmutowanych genów. Za to jest dziedzicem dość pokaźnej fortuny, którą przeznacza na cele charytatywne, a z reszty stwarza sobie niezbędny ekwipunek. Pan Wanye bowiem zdecydował się być wymiarem sprawiedliwości w Gotham – mieście gdzie zło i występek święci swoje triumfy.
                Komiks jest wartki, pełen ciekawych, kolorowych postaci i niesamowitych maszyn. Stanowił więc nie lada gratkę dla twórców filmowych. Pierwszą realizacją był film z 1966r. pod jakże wdzięcznym tytułem Batman zbawia świat. Jednak zbawcą filmowej kariery Batmana był Tim Burton, a podjął się tego w  1989r. 
Pierwsze co zachwyca w tym filmie to niesamowita kreacja Jacka Nicholsona, który wcielił się w postać głównego złego charakteru – Jokera. Prawda jest taka, że biała twarz i wiecznie uśmiechnięte usta Jokera ukradły cały film głównemu bohaterowi. Owszem, Michael Keaton dosyć przyzwoicie wywiązał się ze swojego zadania oddania charakteru trochę zmęczonego ciągłą walką, spokojnego, precyzyjnego oraz niezwykle upartego Bruce’a Wanye’a, ale gdy myśli się o tym filmie, widzi się tylko i wyłącznie twarz Nicholsona, paradę jego doskonałego aktorstwa. Ta rola jakby została napisana specjalnie dla niego. Jako doświadczony i piekielnie zdolny aktor bawi się swoją postacią. Ciekawym zabiegiem jest to, że Joker w zasadzie nie powinien nikogo przerażać. Przecież wygląda trochę jakby chwilę temu wypuścili go z cyrku – cylinder na głowie, kolorowe włosy, dziwaczny garnitur, a jednak napawa lękiem. Można by zarzucić Butonowi przerysowanie tej postaci, ale to komiks, tu nie ma miejsca na półsłówka. Zadaniem reżysera było umożliwić zaistnienie narysowanych sytuacji w realnym świecie. Burton jest twórcą charakterystycznym, jego filmy mają określony burtonowski styl. Producenci doskonale wiedzieli na co się piszą powierzając reżyserię właśnie jemu. Film  jest zarysowany grubą kreską, ale ta kreska tworzy jego magię. Dzięki niesamowitej scenografii widzimy Gotham jako brudne, ciemne, przerażające miasto, w którym za nic w świecie nie chcielibyśmy się znaleźć sami po zmroku. Całości dopełnia muzyka napisana przez Rogera Pratta. Jedyną rysą na tej niesamowicie udanej adaptacji jest Kim Basinger. Kobiety Kota w jej wykonaniu bohaterem nazwać nie można. Całe szczęście nie pojawia się zbyt często, a ratuje się tylko tym, że wyglądem mogła przypominać Vicky Vale. Nie zepsuła jednak obrazu jako całości, a Batman w szybkim czasie stał się sukcesem kasowym, a nawet doczekał się kontynuacji. Przez znawców kina burtonowski Batman uważany jest za pierwsze dobre przeniesienie komiksu na duży ekran.
                W 1992r. Tim Burton i Batman powrócili. Burton po raz wtóry genialnie odnalazł się w komiksowym świecie. Namalował świat rzeczywisty przepełniony nierzeczywistymi zdarzeniami, postaciami i rzeczami. I kompletnie nic się nie gryzło. Nie mogło, bo w stwarzaniu właśnie takiej przestrzeni ten reżyser jest niekwestionowanym geniuszem.
Batman Returns jednak trochę różni się od swojego poprzednika. Wszystko jest w nim bardziej, mocniej, więcej. Ewoluował batmobil, kostium Batmana i jego zabawki,  pojawiło się więcej przeciwników, akcja jest bardziej skomplikowana. Widz został zasypany świetnymi scenami pościgów, wybuchów. Film jest przepełniony tajemniczym ekspresjonizmem, mrocznym klimatem, szyderczością oraz lateksem, czyli wszystkim tym, czym charakteryzuje się Burton.
Po raz drugi spotykamy się z genialną obsadą w roli drugiego planu. Tym razem Bruce Wayne musi pokonać Pingwina (Danny DeVito) z jego świtą, Kobietę Kota (Michelle Pfeiffer) oraz Shrecka (Christophen Walken). Z pomocą dla ich umiejętności aktorskich przyszła charakteryzacja. Kto raz zobaczył Pingwina na pewno nigdy go nie zapomni. Obrzydliwie kiczowaty, lateksowy strój szalonej Kobiety Kota idealnie kontrastuje z jej sekretarskim, grzecznym alter ego. Michelle Pfeiffer idealnie oddała dwoistą naturę Seliny Kyle. Perfekcyjnie niewinna i przerażona sekretarka zamienia się w obłąkaną kotkę pod władzą okrutnego Pingwina. Danny DeVito pokazał nam w tym strasznym stworzeniu ludzkie uczucia. Jego Pingwin to odrzucone dziecko, które zatraciło się w zemście. Okrutne, śmiercionośne, zranione dziecko.
Michael Keaton, który ponownie pojawił się w roli rycerza Gotham po raz kolejny znikł w cieniu kolegów. Jednakże w tych scenach, w których udało mu się pokazać, wybronił swojego bohatera. Wayne w Powrocie jest cyniczny, sarkastyczny, szarmancki. Fizycznie nie przypomina komiksowego bohatera, jednak w tym filmie dodał mu charakteru.
Ten film masakry i groteski otacza cudowna muzyka Dannyego Elfmana. To ona właśnie tym rozbuchanym, lateksowym scenom dodaje magii, a nawet rozbuchuje je jeszcze bardziej.
Warto również przyjrzeć się w jaki sposób prowadzona jest kamera w ujęciach na bohaterów. Przy planie bliskim, zbliżeniu czy detalu Burton bawi się nią. Szczególnie widać to w ujęciach z Kobietą Kotem. Kamera jest przy niej jak kocia zabawka – kręci się, pokazuje ją pod różnym kątem. Tą zabawą reżyser dopełniał, podkreślał grę aktorów.
Zarówno w pierwszym jak i w drugim burtonowskim filmie widzimy duże odstępstwa od komiksu. Reżyser potraktował pierwowzór tylko jako pewną bazę, na której osadził swoje cudowne wizje. Fani mogą się sprzeczać, że zmienił historie bohaterów, ale na pewno zgodzą się z tym, iż Batman Burtona po prostu zachwyca i porywa. Chociaż nie koniecznie ze względu na postać samego rycerza.
                Po sukcesie Batman Returns wytwórnia Warner Bross zdecydowała się na trzecią już opowieść o Rycerzu Gotham. Niestety, nie widzieli już w niej miejsca dla Tima Burtona. Batman Forever wyreżyserowany został przez Joela Schumachera i ujrzał światło dzienne w 1995r. Tym razem postawiono na produkt wtórny. Schumacher, który za Falling Down z 1993r. otrzymał nominację do Złotej Palmy, posłużył się dokonaniami Burtona. Jednak to, co twórcy pierwszych Batmanów wychodziło perfekcyjnie, zachwycało jest nie do powtórzenia. Batman Forever jest nieudolną kopią swoich poprzedników. Mnóstwo tu elementów, które mogłyby wskazywać na burtonowskość – jest dużo, jest mocno, głośno i kolorowo. To, co mogło być udaną kontynuacją historii Gotham City stało się kiczowatym, masowym produktem, który nic nie wnosił do świata filmu.
Schumacher zgromadził plejadę dobrych aktorów. W roli złego charakteru pojawia się sam Jim Carrey jako Człowiek Zagadka. Jak zły jest ten film, jak źle podszedł do niego reżyser podkreśla poprowadzenie tego właśnie aktora. Jim Carrey to aktor niezwykle zdolny, niesamowicie kreatywny, genialny w rolach dramatycznych, jeśli umie się go poprowadzić. Schumacher pozwolił na to, by Człowiek Zagadka stał się kopią Maski (nawet kolor się zgadza). W przeciwieństwie do burtonowskich złych bohaterów, ten nie ma w sobie nutki geniuszu,  nie ma prawdziwego szaleństwa, nie ma obłąkania ani prawdziwości. Carrey potraktował Zagadkę niezwykle po macoszemu. Jego mimika twarzy została nam po raz kolejny przybliżona. Nie można zapomnieć o Tommy Lee-Jonesie, którego kolorowa twarz zbyt rzadko pojawiała się na ekranie, aby film mogła uratować.
Batman tym razem zamiast zestawu fantastycznych przeciwników dostał kiepskich i nudnych współdziałaczy. Pomijając płeć piękną reprezentowaną przez Nicole Kidman i Drew Barrymore pojawia się równie piękny Chris O’Donnell jako Robin. Mały pomocnik Batmana jest niesamowicie nieposłuszny dostarczając Bruce’owi mnóstwa zmartwień. Niestety nawet brawurowy Robin nie był w stanie poruszyć głazu jakim okazał się Val Kilmer. Jego Rycerz Gotham to najbardziej nudny wojownik w historii tego miasta. Jego twarz przez cały film pozostała nienaruszona żadną emocją! W trzeciej ekranizacji przygód Batmana główny bohater w końcu wybił się na należny mu pierwszy plan. Szkoda, że wyróżnił się miernością.
Schumacher poczęstował spragnionych nowego, genialnego, pełnego cudów i wyrazistych postaci, Batmana fanów kolorami powodującymi oczopląs, sutkami w kostiumie Bruce’a Wayne’a oraz nadmierną ilością akcji. Jedyne co pozostało to mroczność Gotham City nawiązująca do dobrych czasów panowania w nim Tima Burtona.
                Pastwieniu się nad człowiekiem-nietoperzem nie było końca. Wkrótce, w 1997r., Warner Bross przedstawiło światu kolejne dzieło – Batman & Robin. Batman Forever zarobił odpowiednio dużo, by za kamerą kolejnej części można było postawić ponownie Joela Schumachera.
Niespodzianki nie było. Film jest praktycznie kopią swojego poprzednika. Pełen kiczowatych kolorów i nijakich postaci. Tym razem nawet już samo miasto straciło swą mroczność. Stało się po prostu ponurą metropolią. Pojawiają się za to zupełnie nie pasujące do batmanowskiej konwencji elementy humorystyczne takie jak pies zamarzający w trakcie sikania na hydrant.
Tym razem czarny kostium zakłada George Clooney, towarzyszy mu Robin (Chris O’Donnell), a także niesamowicie odważna dziewczyna zwana Batgirl (Alicia Silverstone). Razem mają stawić czoła mr Freeze (Arnold Schwarzenegger) i jego prawej ręce, Trującemu Bluszczowi (Uma Turman). Jeśli w przypadku poprzedniego filmu niektóre postaci bardzo próbowały się bronić, tak w przypadku tego sytuacja jest totalnie beznadziejna. Świadczą o tym chociażby nominacje do Złotych Malin, które dostali wszyscy wyżej wymienieni aktorzy, prócz Arnolda Schwarzeneggera.
Prócz tego Batmobil nabrał jeszcze bardziej opływowych kształtów i szybkości, a u jego boku pojawił się równie szybki, a także piękny, motor Robina. Główni bohaterowie dostali tym razem wszyscy kostiumy z miejscem na sutki.
Akcja się dłuży. Humor jest wymuszony, kompletnie nie pasujący do sytuacji. Nie pojawia się ani kropla ironii, wyszydzenia otaczającego nas świata. Bohaterowie nie mają dusz, są puści jak nadmuchane lalki. Widz babrze się w ogromnym bajorze kiczu i nijakości. Batman & Robin wygląda bardziej jak pastiż poprzednich filmów Burtona niźli samodzielne dzieło o Bruce’ie Wayne’ie.
                Po ośmiu latach żałoby nad zszarganym imieniem Batmana z odsieczą przybył wybitny brytyjski reżyser Christoper Nolan. On to w 2005r. zaprezentował Batman Begins. Z jaką radością fani przyjęli prawdziwą opowieść o Bruce’ie Wayne’ie. Po raz pierwszy mogliśmy poznać tego człowieka. Dowiedzieliśmy się skąd wziął się strój, czym tak naprawdę jest batmobil, dlaczego właśnie nietoperze, poznaliśmy przeszłość, dzięki której zrozumieliśmy teraźniejszość. Nolan przedstawił Bruce’a (Christian Bale) bardziej jako człowieka niźli bohatera. Skupił się na jego lękach, dzieciństwie, historii, pobudkach. Pierwszy raz dostaliśmy faktyczny obraz tego człowieka, a nie jego skrawki przykryte przez genialnie zagranych wrogów. Także w przeciwieństwie do swoich poprzedników ten reżyser nie skupił się na komiksowości adaptacji, a postawił na realizm. Gotham jest współczesnym amerykańskim miastem, gadżety Batmana są na miarę obecnych możliwości technicznych, stroje użyteczne, a nie ozdobne. Mroczny Rycerz prawdziwie krwawi, prawdziwie nienawidzi, prawdziwie się boi. Bruce Wayne to człowiek nękany przez własne demony, nieustannie stąpający po cienkiej granicy między sprawiedliwością a ślepą zemstą.
W Batman Begins postacie drugoplanowe dopełniają głównego bohatera. Dodają mu ciepła, uśmiechu. Świetny Morgan Freeman jako Fox, Gary Oldman grający Gordona, czy perfekcyjny wręcz Albert Michaela Caine’a. Fałszem ocieka jednak wątek miłosny z Katie Holmes. Niedoskonałości można doszukać się również w scenach walk. Niewątpliwie jednak ten film pokazał Batmana z zupełnie innej strony. W ogóle go pokazał. Był pierwszym filmem stricte o Batmanie. A to nie było ostatnie słowo Christophera Nolana.
                Na jego kolejne słowo, które miało zostać wypowiedziane w 2008r. wszyscy czekali z zapartym tchem. Z datą premiery The Dark Knight zbiegła się tragiczna śmierć Heatha Ledgera, dla którego ten właśnie film był filmem ostatnim. Z czystym sumieniem krytycy i fani okrzyknęli najnowsze dzieło Nolana za najlepszy film o Batmanie w historii.
Reżyser podążył w klimat swoich poprzednich dzieł. W połączeniu z niesamowitą techniką, scenami walk i pościgów dało to iście genialny efekt.
Tym razem Bruce Wayne (Christian Bale) nie jest już głównym bohaterem historii. Jest za to doskonałym partnerem. Pierwszy plan został zagarnięty przez mistrzowskiego Heatha Ledgera i jego Jokera. Ta postać jest majstersztykiem szaleństwa. Każde słowo wypowiedziane przez australijskiego aktora to istna perełka. Patrzy się na niego z przerażeniem w oczach i współczuciem jednocześnie. Jest tak prawdziwy, że wierzymy, że może mieszkać sąsiedztwie. Jego przeciwnikiem też nie jest święty. Batman po raz kolejny jest ludzki do szpiku kości. Pojawia się jeszcze jeden bohater – Harvey Dent, który przekroczył granicę, na której jeszcze stoi Wayne  - granicę szaleństwa.
Nolan do ostatniej chwili nie daje nadziei. Siłom dobra nic nie wychodzi. Joker jest nieuchwytny, zabija w swoim szaleństwie. Widz z zapartym tchem śledzi bieg wydarzeń. Patrzy jak bohaterowie walcząc ze złem próbując równocześnie pokonać własne słabości i własny strach. Jedyną osobą, która się nie boi jest Joker. Wydaje się, że na tym właśnie polega jego siła.
Ta mroczna historia, pozbawiająca nadziei (prócz zakończenia), wypełniona najwyższej klasy efektami specjalnymi, pościgami, dobrymi dialogami okraszona została przecudną muzyką magika kina – Hansa Zimmera. Dzięki niej wpływamy w świat Batmana, Jokera i Dwóch-Twarzy. Wiemy, że mogą być zaraz za rogiem.
                Do tej pory powstało siedem ekranizacji przygód człowieka-nietoperza. Każda przedstawiała go w inny sposób albo zapominała o nim kompletnie. Batman w gruncie rzeczy nie jest spektakularną postacią. Jest cichy, skromny, opanowany, chce zlać się z nocą. Wydawać by się mogło, że wszystko już w tym temacie zostało powiedziane. Nic bardziej mylnego. W końcu komiksy o Rycerzu Gotham City liczą sobie 64 lata. Po genialnym The Dark Knight cały świat czeka niecierpliwie na następną odsłonę w reżyserii Christopera Nolana - The Dark Knight Rises. Jakiś czas przed rozpoczęciem zdjęć do Batman Begins pojawiły się informację o planach Darrena Aronofsky na realizację Batman: Year One. Być może uda mu się powrócić do tego projektu. Fani komiksowego bohatera liczą na nowe odsłony ich ulubieńca. Jednej z najbardziej tajemniczej postaci świata superbohaterów. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać na kolejne genialne filmy. Może będą na tyle dobre, że na premierze w którymś z rzędów usiądzie sam Bruce Wayne, żeby potem z czystym sumieniem dalej bronić Gotham City.