21.04.2011

Piękni Dwudziestoletni.

Warszawa w tym roku aż kipi od różnego rodzaju wydarzeń kulturalnych. dosłownie jeden festiwal filmowy po drugim. ledwo skończyło się Łodzią po Wiśle, czyli przegląd filmów z łódzkiej filmówki, a już za rogiem czyhała pierwsza edycja Pięknych Dwudziestoletnich - Festiwalu Młodego Kina.

Piękni Dwudziestoletni to całkowicie oddolna inicjatywa zorganizowana przez grupę młodych ludzi, mająca na celu pokazanie filmów zarówno ludzi ze szkół, ale także kompletnych amatorów.
Festiwal trwał 3 dni, a rzecz działa się w kinie "Wisła".
jak na pierwszą edycję festiwalu frekwencja była zadziwiająco duża.

obejrzeliśmy dużo filmów. krótkie metraże, dokumenty, a nawet parę (bardzo dobrych!) animacji. jak to na takich festiwalach bywa poziom był niesamowicie zróżnicowany. były filmy, które rzucały na kolana, ale były również takie, które raziły swą miernością, brakiem jakiegokolwiek profesjonalizmu.
jakież ogromne było więc moje zdziwienie, gdy jury postanowiło przyznać Grand Prix filmowi... przeciętnemu. Piruet (reż. Joanna Kuźmienko) to klasyczna już pogadanka, o tym co złego może przytrafić się jak za bardzo czegoś pragniemy. otóż główna bohaterka jest baletnicą, niestety nienajlepszą. na tyle złą, że nie może zaliczyć zajęć u pewnego starszego, ale lubiącego młode dziewczyny, profesora. pod presją rodziców (aczkolwiek delikatną i wynikającą tylko z przepełniającej ich dumy) decyduje się na drastyczny krok. ceną za dopuszczenie dziewczyny do dyplomowego występu jest seks z owym profesorem. na koniec dostajemy jeszcze bardzo mocne rzucenie kwiatem o ziemię, które niechybnie ma symbolizować, że bohaterka z baletem skończyła, co potwierdza również wcześniejsze zrywanie zdjęć ze ścian.
jak widać historia prosta, przewidywalna, banalna i wręcz nudna. plus brak jakichkolwiek ciekawych ujęć, jakiś nowatorskich zabiegów światłem czy patrzeniem kamery. żadnego kombinowania. i ta scena z dyplomu do złudzenia przypominająca Black Swan tylko, że w podmiejskiej polskiej wersji. nie jestem w stanie pojąć za co ów film dostał tę najważniejszą nagrodę. chyba, że za niesłychanie wymowne pogrożenie palcem i krzyk "uwaga, zło czai się za rogiem!".

rzecz, która zaskoczyła mnie jeszcze bardziej niż Grand Prix dla Piruetu, to brak nawet jakiegokolwiek wyróżnienia dla mojego absolutnego faworyta! filmu, który rzucił mnie na kolana pod każdym względem i nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia. może oprócz tego, że był przykrótki... nie, był w sam raz.
Nie dotykając ziemi reż. Arek Biedrzycki.
w filmie nie pada ani jedno słowo, a jednak nie było ono nikomu potrzebne. genialny montaż, ciemne kolory, dobrze przeprowadzona akcja - wszystko to sprawiło, że ten krótki metraż jest tym, co w kinie lubię najbardziej. to zagadka. widz został potraktowany jak inteligentny odbiorca. miał sobie sam złożyć opowieść, dopowiedzieć, o co tak naprawdę chodzi, czemu bohater zachował się tak, a nie inaczej. uwielbiam takie filmy, kiedy nie dostaję łopatą po głowie. filmy, które mnie porywają i kołaczą się w myślach przez długi czas. Nie dotykając ziemi takim filmem właśnie jest.
pan Arek jest dopiero na pierwszym roku. boję się i nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

ciąg dalszy nastąpi...

13.04.2011

tym razem nie o kinie...

... a o muzyce.

istnieje pewien niemiecki, legendarny zespół rockowy. znany jest z tego, że na wokalu znajduję się u nich piękna kobieta, jedna z najlepszych wokalistek na świecie. dziewczyna potrafi wydrzeć japę, zagrowlować, ale też zaśpiewa melodyjną balladę. to jeden z niewielu zespołów rockowych na świecie, który nie zniewieściał przez posiadanie wokalistki. przez wszystkie lata swojego istnienia twardo grał ciężko, głośno i agresywnie.
ten zespół to GUANO APES.

w 2005 roku zespół rozpadł się ku rozpaczy rzeszy fanów, w tym mnie. Sandra Nasic wydała solowy krążek (całe szczęście jeden), a panowie zajęli się nowym projektem - iO. jakaż była nasza radość, gdy w 2009 roku na Woodstocku, Dennis i Sandra potwierdzili zjednoczenie zespołu oraz postępujące prace nad nowym krążkiem.
nie były to czcze obietnice. w bieżącym roku GA ruszyło w trasę. Polska oszalała! przyjadą do nas aż 3 razy! w maju do Białegostoku, w czerwcu - Warszawa, a w październiku - Kraków!
 w między czasie światło dzienne ujrzało ich najnowsze dziecko zatytułowane Bel Air...

ja, oczywiście, wiecznie niedoinformowana, o istnieniu nowej płyty dowiedziałam się wczoraj. szybko znalazła się na dysku, od tej pory przesłuchuję ją wciąż na nowo i nadziwić się nie mogę. owszem, szczęście mnie rozpiera, że piękna Sandra w końcu postawiła na swoją kobiecość, jeśli chodzi o stroje, bo jest cudną kobietą. ale na polu muzycznym zawiodła mnie po raz wtóry. Bel Air jest powtórką The Signal tyle, że jeszcze gorszą...

podczas, gdy na The Signal znajdziemy jeszcze parę dobrych kawałków w starym, dobrym stylu GA, to na Bel Air poniższy utwór jest najostrzejszym, najbardziej rockowym.
mój ukochany zespół tym postawił na dziwną mieszankę elektronicznych dźwięków z ostrymi, choć wyciszonymi gitarami i szaloną perkusją. postawili też na zmianę wizerunku Sandry. pytanie brzmi tylko, czy aby na pewno dobrze obstawili? jeżeli o mnie chodzi, to zawiodłam się niemiłosiernie. prawdopodobnie jak miliony innych fanów, którzy czekali na kolejny niesamowity krążek po tych 6-ściu latach przerwy...
to co się stało z Sandrą niebezpiecznie przypomina mi pewną polską, wspaniałą, rockową wokalistkę. modlę się o do wszystkich Muz i Apolla, żeby pani Nasic nie podążyła tą ścieżką.

jest też dobra informacja! panowie GA podczas tych paru lat wolnego wydali płytę z Charlesem Simmonsem na wokalu. iO to porządny post-rock. wszystko to, co kochaliśmy w Guano Apes znalazło się na Music for the masses. brakuje tylko Sandry.
ale, da się? no da!


moja szaleńcza radość na zbliżające się 3 koncerty trochę osłabła. trochę bardzo... chyba jednak zrezygnuję z majowego Białegostoku... jak już będą w Warszawie to wstyd nie pójść... a do Krakowa zawsze warto jechać ;)

co się stało Guano Apes!? tyle lat czekania, a wy nam dajecie takie gówno!? WTF, Guano Apes!?

11.04.2011

Ryan Gosling.

rozpoczynam przegląd fantastycznych aktorów.  

Ryan Gosling - prawdziwe objawienie. ten facet zagra dosłownie wszystko. i za każdym razem będzie prawdziwy, przejmujący, zagarniający dla siebie cały ekran.












fascynacja rozpoczęła się od Blue Valentine, w którym partnerowała mu Michelle Williams. ten film zawojował tegoroczny Sundance. to przejmująca historia próby walczenia o utrzymanie miłości, związku. na naszych oczach rozpada się uczucie, które miało być wieczne, nieprzemijające.
piękne zdjęcia, okraszone cudowną muzyką (Grizzly Bear). mało słów - wszystko znajduje się pomiędzy.
zdecydowanie jeden z lepszych melodramatów jakie widziałam. a tego gatunku nie lubię szczególnie mocno. nie sposób jednak mi się nie zachwycać tym, co niesamowitego tworzy ta dwójka aktorów. jak idealnie są młodzi i pełni nadziei, przy czym zaraz zgorzkniale dorośli. doskonały popis aktorstwa.

jak mam w zwyczaju, zachwycona Ryanem, zaraz zabrałam się za jego filmografię.

następnym filmem był The Believer. młodziutki Gosling zagrał tam przepełnionego nienawiścią neonazistę Żyda. żydowskiego nazistę, który chciałby wymordować wszystkich Żydów. jego nienawiść przeplotła się z nowo poznaną miłością do dziewczyny, która z całych sił chciała nauczyć się wszystkiego o wierze narodu wybranego. a bomby już leżały podłożone w synagodze...
trudno nie porównywać tego filmu do American History X. kreacje stworzone przez Nortona i Goslinga mogą zostać uznane za podobne. jednak w American History mamy w pewien sposób happy ending - główny bohater przechodzi wewnętrzną, powolną przemianę i w konsekwencji jego dusza/osoba zostaje uratowana (czego nie można powiedzieć o młodszym bracie). postać Goslinga natomiast jest targana dużo bardziej sprzecznymi emocjami. to dopiero młody chłopak, który pogubił jakiekolwiek ideały. jednak Ryan powoduje, że zamiast pogardy czujemy tylko empatię i smutek. jest niesamowity.

następna była słodko-gorzka komedia Lars and the real girl.
przyzwyczajona do pięknego, przystojnego Ryana przeżyłam niemały szok. brzuszek i wąsy zrobiły swoje. strój robi rolę - jest w tym trochę prawdy.
tym razem przedstawił historię trzydziestoparoletniego Larsa, który starając się zapełnić pustkę w swoim życiu, a także sprostać wymaganiom brata i jego żony, pewnego dnia zamawia przez internet lalkę. Bianca staje się jego oficjalną dziewczyną, a nawet zamierzają się pobrać. z tym musi się uporać miasteczko, bo Lars nie przyjmuje do wiadomości, że Bianca to tylko lalka. film przedstawia więc dwie historie: z jednej strony trochę psychicznego Larsa, a z drugiej ludzi w jego otoczeniu, którzy po to, żeby mu pomóc zaczynają grać w tę groteskę.
film sam w sobie niestety się nie broni. niesamowity pomysł, ale jednak nie został jakoś do końca udźwignięty. brakuje mi tu doskonałej muzyki czy zdjęć. jakby realizatorzy oparli się jedynie na talencie aktorów i pomysłowości historii. niestety nie wystarczyło.
ale! Ryan jest tym razem kompletnie inny. znowu. zaskakuje i wzrusza. jest magnesem. patrzy się tylko i wyłącznie na niego. łaknie scen z nim. dobrze, że jest ich tak dużo.


jakby było mało Gosling jest również niesamowicie utalentowanym muzykiem! od paru lat w raz z kolegą tworzą zespół Dead Man's Bones !

a tymczasem ja się zabieram za film, który przyniósł mu sławę - The Notebook.


6.04.2011

dawno oglądane, dawno pisane.

z powodu chwilowego braku weny, co do ostatnio widzianych filmów na Lecie Filmów w Lunie, w czeluściach mojego komputera odnalazłam recenzje jeszcze z LO. z niektórych byłam szczególnie dumna. zaznaczam, jednak, że to było LICEUM.


Już jakiś czas temu na ekrany naszych kin weszła kolejna seria przygód człowieka-nietoperza. Mroczny rycerz zyskał dodatkowy rozgłos dzięki tajemniczej śmierci Heatha Ledgera.
Wybierałam się na ten film z lekkim niepokojem o jego jakość. Rola Ledgera, jeszcze przed wejściem Mrocznego rycerza, do kin stała się legendą. Zazwyczaj taka sława to minus dla samego filmu. Na szczęście zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Heath Ledger jako Joker był … niesamowicie fantastyczny. Niektórzy nawet posuwają się do stwierdzenia, i ż pobił na głowę samego Jacka Nicholson. Takie porównywanie to czysty idiotyzm. Jokerzy przez nich stworzeni to dwie kompletnie różne postaci! Nicholson jest uroczy, bawi nas. Natomiast Ledger to uosobienie czystego zła. Przeraża. Joker zdecydowanie pochłania całą uwagę widza, ale nie możemy zapominać o inny świetnych aktorach! Przecież fantastycznie gra tu Morgan Freeman, Christian Bale, Gary Oldman czy Michael Caine.
Mroczny rycerz jest przemyślany. Nie ma tu zbędnych efektów specjalnych. To co się dzieje na ekranie jest wyważone i porywające. Fani starego batmobila przeżyją rozczarowanie, gdyż co raz bardziej jest on czołgiem a nie sportowym samochodem. Za to posiada wiele innych atutów.
Najnowszy Batman zaskakuje. Jest niesamowity. Prawdziwy. Moim zdaniem to najlepsza ekranizacja marvelowskiego komiksu.

 
Polska reżyserka Magdalena Piekorz zasłynęła filmem Pręgi, który w 2004r. wygrał XXIX Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jej najnowsze dzieło to Senność.
Aktorka chora na narkolepsję. Zdradza ją mąż. Pisarz z żoną - histeryczką, której chyba nie kocha. Od dwóch lat obserwuje ludzkie nogi przez okienko w archiwum, gdzie pracuje. Młody lekarz na Śląsku. Ucieka od swoich zaborczych rodziców. Zakochuje się. Za tę miłość prawie przypłaca życiem. Ich drogi przecinają się.
Zapowiada się nader interesująco. Niestety na zapowiedziach się kończy. Magdalena Piekorz robi z widza kretyna. Obrzuca go dosłownością i zbędną nagością. Nie daje pola do popisu wyobraźni. Widz nie jest głupi. A za takiego niestety wzięła go reżyserka. Jest nachalna. Film mógł być bardzo dobry, gdyby nie to. 
Ja bym chciała wyjść z kina z refleksją o samotności, poszukiwaniu szczęścia, a nie z myślą „O matko, jak Obuchowicz okropnie wygląda nago”.


Najnowsze dzieło braci Cohen oraz, jak głosi podtytuł, najśmieszniejsza komedia roku.
Ta reżyserska para już nie raz przekonała nas o swoim niesamowitym poczuciu humoru i dystansie do świata. Tym razem pobili wszelkie rekordy. Śmiechu.
Analityk CIA- Osborne Cox (John Malkovic) właśnie został zwolniony z pracy. Jego apodyktyczna żona (Tilda Switon) zajęła mu konto bankowe i wniosła pozew o rozwód. Harry Pfarrer (George Clooney) pracuje w Ministerstwie Skarbu i zawsze nosi przy sobie broń. Wolny czas spędza na randkach z poznanymi przez Internet kobietami. Są jeszcze Chad Feldheimer (Brad Pitt) i Linda Litzke (Frances McDormand). Oboje pracują w fitness klubie „Ciałko”. Litzke to zrozpaczona singielka potrzebująca pieniędzy na operacje plastyczne (cztery, różne i bardzo skomplikowane). Chad natomiast jest niezbyt rozgarniętym trenerem fitness. Jak to zwykle bywa, pewne zbiegi okoliczności doprowadzają do tego, że ich drogi przecinają się. ale w jaki sposób!
Tajne przez poufne to doskonała komedia. Zaskakujące sytuacje, inteligentne gagi i niesamowity poziom absurdu niejednokrotnie doprowadzają do łez. Bracia Coen perfidnie nabijają się ze Stanów Zjednoczonych, ale robią to z cudownym wdziękiem. Pomaga im w tym doskonała obsada. Brad Pitt biegający w obcisłym dresie… To jest to!
„I jaki z tego wniosek? Nie wiem, kurwa, nie wiem”.

 
Bardzo niecierpliwie oczekiwany. Nareszcie jest! James Bond w nowej odsłonie! Tylko, po co?
Kochamy Bonda za jego Astona Martina, niesamowite gadżety, pościgi, walki i piękne kobiety. I nikt by się nie spodziewał, że ten dystyngowany Brytyjczyk może w jakikolwiek sposób przegiąć.  Niespodzianka.
Już pierwsza scena zapowiada klęskę Quantum of solace. Pierwszy pościg. Świetne ujęcia, tylko, co się dzieje? Nic nie widać. Chwila odpoczynku i następny pościg. Z dwóch facetów w czarnych garniturach nagle robi się trzech? Co tu się dzieje? Tego właśnie do końca nie wiadomo. Wiadomo, że jest nowa organizacja, o której nikt nic nie wie, a która jest wszędzie. Wiadomo też, że Bond chce pomścić Vesper. Jest bardzo nieobliczalny. Świetna historia. Niestety, efekty rodem z Harry’ego Pottera zdołały ją zniszczyć. Z pomocą przyszła im niesamowita ilość zbyt wartkiej akcji i zastępy trupów zostawianych przez agenta 007. Pan Foster chyba bardzo chciał by technika brytyjskich służb specjalnych była jak zawsze na poziomie wyższym niż to jest możliwe. Szkoda, bo w ogóle zagubiła się tu historia, postaci. Nowy, uczłowieczony James (Daniel Craig) zniknął. Pojawiła się u jego boku kolejna piękna kobieta (Olga Kurylenko), ale żadne z nich nie miało szansy nawet zarysować swoich postaci. A szkoda. Po innym niż poprzednie ekranizacje, ale genialnym Casino Royal , najnowszy Bond jest po prostu nieporozumieniem.

Na ekrany naszych kin weszła ostatnio niesamowita ilość komedii romantycznych. Jedną z nich jest Nie kłam, kochanie Piotra Wereśniaka. Ze scenariuszem Ilony Łepkowskiej, Piotrem Adamczykiem i uroczą Martą Żmudą-Trzebiatowską w rolach głównych oraz pięknymi zdjęciami Krakowa, od razu został skazana na sukces.
Nie kłam, kochanie to jedna z wielu komedii romantycznych, ale  d o b r a.
Fabuła opowiada o historii miłosnej (jak to z nazwy wynika) ślicznej ogrodniczki (Marta Żmuda-Trzebiatowska) do bogatego, przystojnego, młodego… kłamcy (Piotr Adamczyk). Wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że Marcinowi (główny bohater) skończyły się pieniądze, a jedynym sposobem na odzyskanie ich jest przyjazd do rodzinnego Krakowa na spotkanie z ciocią Nellą (BeataTyszkiewicz) z piękną i odpowiednią narzeczoną. Wtedy pani Ania- ogrodniczka przychodzi zasadzić na balkonie wrzosy….
Nie kłam, kochanie to przedłużony serial dla kobiet lub (jak kto woli) bajka w wersji filmowej. Niemniej jednak stanowi bardzo ładny obrazek. Zdecydowanie magiczny charakter Krakowa sprawia, że widz zatapia się w ów bajeczną opowieść. Te śliczne zdjęcia zawdzięczamy Jarosławowi Żamojdzie. Uroku dodają cudowne kreacje aktorskie postaci epizodycznych. I najważniejszy argument przemawiający za tym, żeby wybrać się do kina: Nie kłam, kochanie śmieszy. Gagi sytuacyjne, dobre dialogi, piękne kobiety i przystojni mężczyźni, czyli wszystkie składniki komedii romantycznej są właśnie tu! Poza tym, jak cudownie jest odkrywać wciąż na nowo Piotra Adamczyka, który, choć zakorzeniony już w naszej świadomości jako papież, jest świetnym aktorem.
Oprócz jednej kwestii wypowiedzianej pod koniec filmu, tej komedii romantycznej naprawdę nie można nic zarzucić. Po projekcji nie usłyszymy znowu: „Nigdy w życiu na komedię romantyczną” to pewne. A pozdrawia sam…. Niech to będzie niespodzianką.

4.04.2011

Lato Filmów w kwietniu.

rozpoczęło się Lato Filmów w Lunie. jako, że jestem gapą i nie załapałam się na wolontariat w tymże cudownym przedsięwzięciu, wydaję wszystkie pieniądze na kino.


na pierwszy ogień poszło Flamenco, Flamenco Carlosa Saury. to już drugi w dorobku tego artysty film o flamenco (pierwszy Flamenco z 1995r.). Saura zaprosił do swojego przedsięwzięcia znanych mniej lub bardziej artystów. w jednej z ostatnich scen pojawia się nawet sam Paco de Lucia(!).
film jest po prostu pokazaniem kilku wykonań flamenco. zero tekstu. zero fabuły. czyste flamenco. prawdopodobnie poszczególne sceny nie łączy nic oprócz miejsca, w którym się dzieją oraz muzyki, którą wykonują. (możliwe, że łączy je tekst. niestety nie znam hiszpańskiego) Saura pokazuje nam najprościej jak to tylko możliwe niesamowity, magiczny świat flamenco. dostajemy wszystkie jego odcienie - od pasji i gniewu do niczym niezmąconej radości. 
za cudowne zdjęcia odpowiada Vittorio Storaro - wielokrotny zdobywca Oscara, uznawany za wirtuoza kamery. z resztą słusznie. kamera w tym filmie muzycznym prowadzona jest lepiej niż w niejednej fabule. flirtuje z muzykami, tancerzami, śpiewakami. Storaro bawi się z reprodukcjami obrazów, które stoją na scenie. tworzy z każdego zdjęcia oddzielny, pełny, niesamowity obraz. dominują długie ujęcia i travellingi, co dodaje filmowi klimatu. widz nie potrzebuje tu ostrego montażu czy szybkich zmian. ta pozorna powolność kamery wydobywa to, co najważniejsze - flamenco. Storaro skupia nas na muzyce, pozwala się w niej całkowicie zatopić.

niesamowicie ujęła mnie ostatnia scena. otóż w półokręgu siedzi grupa ludzi od nastolatki po dziadków. na pewno nie są profesjonalnymi wykonawcami flamenco. jeden mężczyzna zaczyna grać, drugi obok niego zaraz zaczyna śpiewać. i nagle na środek wychodzi mniej więcej 80-letnia babcia i.... TAŃCZY. niesamowite.

na koniec mój ukochany Paco de Lucia.
Palenque.




drugim wydarzeniem tego dnia była Karen płacze w autobusie w reżyserii Gabriela Rojasa Very z 2011r.
Karen - trzydziestoparoletnią Kolumbijkę poznajemy w autobusie. właśnie udało jej się uwolnić i zmierza ku nowemu, nieznanemu życiu. wreszcie jest wolna. nie do końca jeszcze wie, czego szuka, czego chce, ale nie poddaje się. jedyne, co wie, to że za nic nie chce wrócić do poprzedniego stanu rzeczy. początki nigdy nie są łatwe. znalezienie pracy graniczy z cudem. na bliskich nie ma co liczyć, bo albo ich nie ma albo nie nadają się na wsparcie.
Karen jest szara, bezbarwna, zwykła, znudzona i zagubiona. jedyne w czym się odnajduje to książki. kolory do jej życia wprowadza pełna życia blondyneczka Patricia. nowa przyjaciółka pokazuje jej nieznany dotąd świat. namawia na ryzyko. pytanie brzmi czy Karen popłynie z tym cudownie odurzającym prądem?
Karen płacze w autobusie to opowieść o poszukiwaniu siebie, o drodze do wolności. film nie wyróżnia się niczym szczególnym. nie dzieje się nic nieprzewidywalnego. nic nie rzuca na kolana. taka opowiastka o życiu jak wiele innych. Karen musi spaść na dno, żeby wybić się do góry. co nie przeszkadza jej być dalej najbardziej dobrą, poczciwą osobą na świecie. jedyne, co mnie zainteresowało w tym filmie to kreacja Marii Angelicy Sanchez (Patricia). z pozornie głupiej i pustej postaci stworzyła zagubioną, uciekającą przed odpowiedzialnością dziewczynę. jest najbardziej wyrazistą osobowością filmu. w zasadzie film dooglądałam dla niej. losy pozostałych bohaterów były od początku znane.