4.04.2011

Lato Filmów w kwietniu.

rozpoczęło się Lato Filmów w Lunie. jako, że jestem gapą i nie załapałam się na wolontariat w tymże cudownym przedsięwzięciu, wydaję wszystkie pieniądze na kino.


na pierwszy ogień poszło Flamenco, Flamenco Carlosa Saury. to już drugi w dorobku tego artysty film o flamenco (pierwszy Flamenco z 1995r.). Saura zaprosił do swojego przedsięwzięcia znanych mniej lub bardziej artystów. w jednej z ostatnich scen pojawia się nawet sam Paco de Lucia(!).
film jest po prostu pokazaniem kilku wykonań flamenco. zero tekstu. zero fabuły. czyste flamenco. prawdopodobnie poszczególne sceny nie łączy nic oprócz miejsca, w którym się dzieją oraz muzyki, którą wykonują. (możliwe, że łączy je tekst. niestety nie znam hiszpańskiego) Saura pokazuje nam najprościej jak to tylko możliwe niesamowity, magiczny świat flamenco. dostajemy wszystkie jego odcienie - od pasji i gniewu do niczym niezmąconej radości. 
za cudowne zdjęcia odpowiada Vittorio Storaro - wielokrotny zdobywca Oscara, uznawany za wirtuoza kamery. z resztą słusznie. kamera w tym filmie muzycznym prowadzona jest lepiej niż w niejednej fabule. flirtuje z muzykami, tancerzami, śpiewakami. Storaro bawi się z reprodukcjami obrazów, które stoją na scenie. tworzy z każdego zdjęcia oddzielny, pełny, niesamowity obraz. dominują długie ujęcia i travellingi, co dodaje filmowi klimatu. widz nie potrzebuje tu ostrego montażu czy szybkich zmian. ta pozorna powolność kamery wydobywa to, co najważniejsze - flamenco. Storaro skupia nas na muzyce, pozwala się w niej całkowicie zatopić.

niesamowicie ujęła mnie ostatnia scena. otóż w półokręgu siedzi grupa ludzi od nastolatki po dziadków. na pewno nie są profesjonalnymi wykonawcami flamenco. jeden mężczyzna zaczyna grać, drugi obok niego zaraz zaczyna śpiewać. i nagle na środek wychodzi mniej więcej 80-letnia babcia i.... TAŃCZY. niesamowite.

na koniec mój ukochany Paco de Lucia.
Palenque.




drugim wydarzeniem tego dnia była Karen płacze w autobusie w reżyserii Gabriela Rojasa Very z 2011r.
Karen - trzydziestoparoletnią Kolumbijkę poznajemy w autobusie. właśnie udało jej się uwolnić i zmierza ku nowemu, nieznanemu życiu. wreszcie jest wolna. nie do końca jeszcze wie, czego szuka, czego chce, ale nie poddaje się. jedyne, co wie, to że za nic nie chce wrócić do poprzedniego stanu rzeczy. początki nigdy nie są łatwe. znalezienie pracy graniczy z cudem. na bliskich nie ma co liczyć, bo albo ich nie ma albo nie nadają się na wsparcie.
Karen jest szara, bezbarwna, zwykła, znudzona i zagubiona. jedyne w czym się odnajduje to książki. kolory do jej życia wprowadza pełna życia blondyneczka Patricia. nowa przyjaciółka pokazuje jej nieznany dotąd świat. namawia na ryzyko. pytanie brzmi czy Karen popłynie z tym cudownie odurzającym prądem?
Karen płacze w autobusie to opowieść o poszukiwaniu siebie, o drodze do wolności. film nie wyróżnia się niczym szczególnym. nie dzieje się nic nieprzewidywalnego. nic nie rzuca na kolana. taka opowiastka o życiu jak wiele innych. Karen musi spaść na dno, żeby wybić się do góry. co nie przeszkadza jej być dalej najbardziej dobrą, poczciwą osobą na świecie. jedyne, co mnie zainteresowało w tym filmie to kreacja Marii Angelicy Sanchez (Patricia). z pozornie głupiej i pustej postaci stworzyła zagubioną, uciekającą przed odpowiedzialnością dziewczynę. jest najbardziej wyrazistą osobowością filmu. w zasadzie film dooglądałam dla niej. losy pozostałych bohaterów były od początku znane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz