Warszawa w tym roku aż kipi od różnego rodzaju wydarzeń kulturalnych. dosłownie jeden festiwal filmowy po drugim. ledwo skończyło się Łodzią po Wiśle, czyli przegląd filmów z łódzkiej filmówki, a już za rogiem czyhała pierwsza edycja Pięknych Dwudziestoletnich - Festiwalu Młodego Kina.
Piękni Dwudziestoletni to całkowicie oddolna inicjatywa zorganizowana przez grupę młodych ludzi, mająca na celu pokazanie filmów zarówno ludzi ze szkół, ale także kompletnych amatorów.
Festiwal trwał 3 dni, a rzecz działa się w kinie "Wisła".
jak na pierwszą edycję festiwalu frekwencja była zadziwiająco duża.
obejrzeliśmy dużo filmów. krótkie metraże, dokumenty, a nawet parę (bardzo dobrych!) animacji. jak to na takich festiwalach bywa poziom był niesamowicie zróżnicowany. były filmy, które rzucały na kolana, ale były również takie, które raziły swą miernością, brakiem jakiegokolwiek profesjonalizmu.
jakież ogromne było więc moje zdziwienie, gdy jury postanowiło przyznać Grand Prix filmowi... przeciętnemu. Piruet (reż. Joanna Kuźmienko) to klasyczna już pogadanka, o tym co złego może przytrafić się jak za bardzo czegoś pragniemy. otóż główna bohaterka jest baletnicą, niestety nienajlepszą. na tyle złą, że nie może zaliczyć zajęć u pewnego starszego, ale lubiącego młode dziewczyny, profesora. pod presją rodziców (aczkolwiek delikatną i wynikającą tylko z przepełniającej ich dumy) decyduje się na drastyczny krok. ceną za dopuszczenie dziewczyny do dyplomowego występu jest seks z owym profesorem. na koniec dostajemy jeszcze bardzo mocne rzucenie kwiatem o ziemię, które niechybnie ma symbolizować, że bohaterka z baletem skończyła, co potwierdza również wcześniejsze zrywanie zdjęć ze ścian.
jak widać historia prosta, przewidywalna, banalna i wręcz nudna. plus brak jakichkolwiek ciekawych ujęć, jakiś nowatorskich zabiegów światłem czy patrzeniem kamery. żadnego kombinowania. i ta scena z dyplomu do złudzenia przypominająca Black Swan tylko, że w podmiejskiej polskiej wersji. nie jestem w stanie pojąć za co ów film dostał tę najważniejszą nagrodę. chyba, że za niesłychanie wymowne pogrożenie palcem i krzyk "uwaga, zło czai się za rogiem!".
rzecz, która zaskoczyła mnie jeszcze bardziej niż Grand Prix dla Piruetu, to brak nawet jakiegokolwiek wyróżnienia dla mojego absolutnego faworyta! filmu, który rzucił mnie na kolana pod każdym względem i nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia. może oprócz tego, że był przykrótki... nie, był w sam raz.
Nie dotykając ziemi reż. Arek Biedrzycki.
w filmie nie pada ani jedno słowo, a jednak nie było ono nikomu potrzebne. genialny montaż, ciemne kolory, dobrze przeprowadzona akcja - wszystko to sprawiło, że ten krótki metraż jest tym, co w kinie lubię najbardziej. to zagadka. widz został potraktowany jak inteligentny odbiorca. miał sobie sam złożyć opowieść, dopowiedzieć, o co tak naprawdę chodzi, czemu bohater zachował się tak, a nie inaczej. uwielbiam takie filmy, kiedy nie dostaję łopatą po głowie. filmy, które mnie porywają i kołaczą się w myślach przez długi czas. Nie dotykając ziemi takim filmem właśnie jest.
pan Arek jest dopiero na pierwszym roku. boję się i nie mogę się doczekać, co będzie dalej!
ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz